Strach przed kryzysem to jakby współczesne wyznanie wiary. Pamiętam piękne jutrznie i godzinki śpiewane w gorczańskich i beskidzkich kościółkach przez  staruszki. Śpiewały (i śpiewają nadal) od powietrza ognia głodu i wojny wybaw nas Panie. Mówią niekiedy niewierzący „wiara to zastraszanie ludzi, wielki biznes”. Jakie czasy takie tabu, takie lęki i taki bóg. Odkąd skończyłem studia jestem bombardowany informacjami o kryzysie, od tego ma nas wybawić jakiś bliżej nieokreślony bóg w kilku osobach – Unii Europejskiej, Referendum, Reform, itp. Zawsze, ale to zawsze, tj. od 2001 roku kiedy się obroniłem z tyłu głowy pojawiał się lęk przed kryzysem, zaszczepiano nam go na uczelni (po co tyle grup na budownictwie, przecież JEST KRYZYS), później w kolejnych pracach (ale masz szczęście, że tu pracujesz – solidna firma OPARŁA SIĘ KRYZYSOWI albo: na razie nie będzie podwyżek BO IDZIE KRYZYS). Przypomina mi się cyniczny obraz z książki Ferdinanda Celina „Podróż do Kresu Nocy” w którym porównał banki do kościoła a monety tam wpłacane i wypłacane do hostii… Wg niektórych świat bogaty odchodzi od wiary bo ludzie są mądrzejsi i nie da się ich zastraszyć karą bożą, głodu nie ma wojny też, na powietrze pojawiają się błyskawicznie szczepionki i embarga na dostawę zapowietrzonych towarów. Po cóż więc Bóg?

 
Ale świat nadal kipi złymi wiadomościami w których KRYZYS pod wieloma postaciami paraliżuje, niepokoi porusza. Świat bez Boga sam zastrasza. Zrobił się jeszcze bardziej niespokojny. Pojawiają się domorośli ekonomiści – w tygodnie parzyste czytam, że kryzysu nie ma, w nieparzyste, że jednak jest. W miesiące parzyste, że odbiliśmy się od dna, a w nieparzyste, że najgorsze dopiero w 2014. To jak z przepowiadaniem końca świata. Trzy lata temu pod koniec 2008 roku rozmawiałem z kolegą, prezesem zarządu dużego biura. Mówił mi – najgorszy będzie 2009 a o 2010 nawet boję się myśleć.  Mamy rok 2012 a to hoho dopiero przed nami. Wyjścia są dwa – albo się bać i tak przez całe życie żyć w strachu albo traktować to wszystko z przymrużeniem oka.
 
Swoją drogą to właśnie podsycanie lęków jest dla mnie prawdziwym zderzeniem cywilizacji – cywilizacji ludzi wierzących i zawierzających Bogu z cywilizacją strachu. Dawniej – globalny terroryzm, teraz globalny kryzys, który niczym Duch Święty wieje kędy chce…  Mam wrażenie, że te wszystkie ACTA, kiedyś choroba wściekłych krów, w Ameryce Patrioct Act (wg mnie akurat stuprocentowo słuszny) to kamienie milowe naszych lęków, zastraszania nas. I zaszczuwania ludzi. Jak nie ma Boga, można nami sterować za pomocą swoich Bogów. Nie uważam, że osoba wierząca ma nic nie robić. Może warto wrócić do słów św. Ignacego Loyoli Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.